Urzędy miejskie

Kiedy czytam gdzieś o tym, że jakieś miasto kupuje ośrodek wczasowy jestem zdumiony. Kiedy dowiaduję się, że jakieś miasto buduje biurowiec pod wynajem dziwię się wielce. Kiedy mówią mi, że przez błąd jakiegoś miejskiego urzędnika ktoś dostał wysokie odszkodowanie, a urzędnik nadal jest „na posadzie” zaczyna trafiać mnie szlag.

Kiedy słyszę, jak wielu ludzi jest na utrzymaniu miejskiego budżetu wówczas zaczynam żałować, że za młodu nie wyemigrowałem do jakiegoś normalniejszego kraju. Całkowicie normalnych na naszej kuli ziemskiej nie ma. Jest jednak sporo normalniejszych, choć co prawda, jest też sporo jeszcze bardziej nienormalnych niż nasza ojczyzna. Przykładów mego zdziwienia kolejnymi „kiedy” mógłbym podawać jeszcze bardzo wiele – pewnie w nieskończoność, bo życie i miejscy urzędnicy układają takie scenariusze, o jakich największym nawet socjologom czy politykom się nie śniło.

Zastanawiam się jak to się stało, że instytucje powoływane do tego żeby służyć społeczności zamieniają się we WŁADZĘ. I zamiast służyć władają, czyli rządzą. Nawiasem mówiąc, praktycznie bezkarnie. Nie dość, że rządzą, to równocześnie rozrastają się niewspółmiernie do potrzeb. Ogarniają coraz większy zakres życia, w coraz większej ilości rzeczy chcą mieć głos decyzyjny. Powołują kolejne organa, zatrudniają kolejnych ludzi. Zamieniają się w niemalże samodzielne przedsiębiorstwa zatrudniające olbrzymie ilości pracowników. Tym jednakże zasadniczo różnią się od przedsiębiorstw, że te powoływane są po to by wytwarzać zysk. Natomiast Urzędy chcą tylko wydawać, wydawać i wydawać. Bez umiaru i bez konsekwencji dla urzędników.

Za czasów Polski epoki Gierka bardzo trafne było powiedzenie lepiej prywatnie gwoździe prostować, niż być na najlepszej państwowej posadzie. Dziś sytuacja odwróciła się. Prywatni przedsiębiorcy padają jak muchy a urzędnicy mają pełną stabilizację. Są jak rak na zdrowej tkance. Nie dostrzeżony i nie usunięty lub nie uleczony na czas, zmienia postać i zaczyna się gwałtownie rozrastać w końcu zabijając swego żywiciela. Polski urzędniczy bezsens powoli zaczyna zabijać Polaków. Oczywiście mowa tu już nie tylko o urzędnikach miast ale o całej państwowej administracji. Wracając jednak do miast spróbujmy wyobrazić sobie, że nie ma aktualnych struktur i zastanówmy się, jak powinien wyglądać Urząd (to ciekawe, ale to jedno z niewielu słów, w których można zrobić tyle błędów ortograficznych ile ma liter – óżont), gdybyśmy tworzyli go od zera. Czym powinien się zajmować, jakie struktury tworzyć i kto powinien w nim pracować i żyć ze składek mieszkańców miasta.

Obecnie urzędnicy zajmują się już wszystkim. Trudno wskazać miejsce bez ich obecności. A przecież w tak wielu dziedzinach wcale nie są potrzebni. Podstawowe sfery działania wynikają choćby z nazw komisji RM czy wydziałów UM. Ale czy niektóre z nich naprawdę są potrzebne? Czy np. istnienie Wydziału Kultury zatrudniającego iluś tam urzędników, rzeczywiście ma logiczne uzasadnienie dla mieszkańców miasta? Chciałbym zaprosić Was do dyskusji. Do wskazania urzędniczych sensów i bezsensów. Do określenia granic działania dla SŁUGÓW naszych miast. Czy to właśnie miasto ma dotować teatry i szpitale, stawiać pomniki, organizować bale i turnieje gry w ping-ponga, prowadzić baseny, dotować szpitale, opiekować się bezdomnymi, reperować kanalizację, dbać o szkoły i przedszkola??? Czy wystarczy tylko zająć się czystością , bezpieczeństwem i przestrzeganiem prawa? Gdzie jest granica, której nie powinno się przekraczać, tak jak przekracza się ją budując komercyjne budynki. To na pewno nie powinna być rola miasta. A jak widać jest i nikt nie ponosi za to konsekwencji.

Może uda nam się przybliżyć jakiś lepszy model??? A może okaże się, że wymyślony przez nas jest podobny do któregoś z już istniejących w normalniejszych krajach świata. Gorzej, gdyby wyszło na to, że ten nasz nie różniłby się od tego, jaki właśnie jest.

Piszcie DO NOS – czekamy na Wasze listy

S.P.