Współczesna Czeladź sprawia wrażenie rozkręconych – lub skręconych przypadkowo – części. A monterowi gdzieś po drodze zgubiła się instrukcja obsługi. Kiedyś trzeba to jednak poskładać w spójną całość.
Nazwisko „Pisarek” przewija się w Polsce w co najmniej kilku znanych wcieleniach. Śpiewająca Regina Pisarek, Walery Pisarek – wyrocznia językowa… Rodzina? Koneksje? Konszachty rodzinne?
Rysowanie drzewa genealogicznego tym razem sobie podarujemy. „Stanisław Pisarek” nie jest najbardziej znanym „nosicielem” tego nazwiska, ale ma też trochę dokonań na swoim koncie. Częściej opowiadam historie innych ludzi. Od lat wydaję książki na ich temat. Własną – bardzo rzadko. O sobie nie bardzo lubię opowiadać. Ale tym razem trzeba się przełamać…
Stanowisko, o które się ubiegasz, będzie również tego wymagało.
Tak, ale zdecydowanie bardziej interesujące są konkretne zamierzenia niż rzeka zwierzeń na własny temat jakiegoś kandydata do tej czy innej funkcji.
To przejdźmy do rzeczy…
Wspinam się, nurkuję, latam szybowcem i na paralotni. W pierwszej dużej wyprawie uczestniczyłem mając zaledwie 17 lat. Pojechałem wtedy w góry Dżilo na granicy Turcji i Iranu. Potem już było tylko ciekawiej. Jeździłem rowerem na pustyni Atacama w Chile i po terenach wyschniętych jezior w Boliwii, wchodziłem na wulkany Meksyku i Ekwadoru, schodziłem do wietnamskich jaskiń, łowiłem ryby w jeziorze Malawi…
Uczyłeś się wtedy nowoczesnej ekonomii?
Przede wszystkim wtedy logistyka stała się dla mnie bardzo prostym zajęciem. A to wiedza bardzo użyteczna. Dzięki temu mojemu oglądaniu świata bardziej czuję się jego obywatelem niż patriotą jednego niewielkiego państwa czy narodu. Kontakt z innymi kulturami pozwala dostrzec absurd dążenia jednej nacji lub religii do dominacji. Oczywiście tylko wtedy jeżeli ktoś ma skłonność i ochotę przyjrzeć się temu bliżej. W wielu miejscach na świecie podpatrywałem również praktyczne rozwiązania, które cywilizacje wytworzyły dla własnego pożytku, a nie na przekór sobie.
Przyglądałeś się też systemom władzy, zarządzania, obowiązującej hierarchii?
Temu uważnie przyglądam się od lat. Nie tylko na świecie, ale też w swoim najbliższym otoczeniu. Jedna reguła sprawdza się wszędzie. Żeby w ogóle móc dobrze czymś zarządzać – i to jest warunek konieczny – kandydat do czegokolwiek musi wiedzieć, do czego startuje. Czym będzie zajmował się „potem”. Wielokrotnie propagowałem obowiązkowe testy dla kandydatów w wyborach samorządowych. Będę to nadal uporczywie forsował. To powinno stać się zasadą ogólnopolską. Spore grono kandydatów nie wie nawet, do czego startuje. Nie odróżnia samorządu od urzędu, poziomu lokalnego od regionalnego itd. Testowanie kandydatów pozwoliłoby w przyszłości wyeliminować ludzi, którzy nawet nie wiedzą, na jaką wycieczkę się zapisali.
Zakładam, że Ty wiesz. Zdajesz sobie jednak sprawę, że nie wszystko zależy od burmistrza? Że niektóre decyzje będziesz musiał podjąć, bo jakiś obowiązujący przepis Cię do tego obliguje?
Wiem. Jestem przygotowany do zajęć. Mam także wpojone zacięcie społecznika i jeszcze mi nie przeszło. Nie należę do teoretyków. Mam wieloletnie doświadczenie w prowadzeniu firmy zatrudniającej kilkadziesiąt osób. Gdyby ich było kilkaset – zmieniłbym parę rozwiązań organizacyjnych i też bym sobie poradził. W Polsce system wyborczy powoduje, że władzę uzyskują głównie działacze partyjni. Nie zaś orły zarządzania. W Czeladzi to samo – od lat te same twarze…
Sam niewiele zdziałasz. Trzeba także mieć swoją „grupę uderzeniową”. Skoro nie masz lokalnych układów – musisz mieć sprawdzonych i pracowitych ludzi. Wielu reformatorów poległo na burzeniu „starego” bez planu budowy „nowego”.
Staram się, żeby drużyna wystawiona przez KWW Nowoczesna Czeladź Stanisława Pisarka, którego jestem liderem, była reprezentatywna. Obecnie w Czeladzi na 21 radnych jest 5 nauczycieli, 1 lekarz, 5 pracowników sfery budżetowej, 8 emerytów i zaledwie 2 przedsiębiorców. To złe proporcje. Przecież Czeladź to nie tylko oświata i problemy ZUS. Ludzie, których zaproponuję, będą odbiciem przekroju społeczeństwa. Główne kryterium to ich zasady etyczne i… mózgi. Tylko tacy ludzie jako radni mogą coś zdziałać.
A jak w tym powszechnym kanonie „nie da się, bo…” widzisz swoje realne możliwości? Dlaczego akurat Tobie mieszkańcy mają zaufać? Będziesz obiecywał cuda?
Nie. To jest najłatwiejsza droga. Tyle, że bardzo szybko staje się jasne, że cuda są niewykonalne. Dlaczego ja? Bo to się wydaje dość logiczne. Jestem „spoza układów”. Jeśli wygram wybory, to osiągnę to niezależnie od grup wpływów. Nie wezmę ani grosza na kampanię wyborczą i nikomu nie będę się musiał odwdzięczać. Nie będę zależał też od żadnej partii politycznej i decyzji jej szefów. Niestety powszechne w Polsce jest powyborcze „rozdawanie stołków” w zarządach, radach nadzorczych lub administracji. Moi konkurenci mają już na starcie gorzej – są utopieni w miejskich powiązaniach.
A ludzie współpracujący z Tobą przy wyborach?
Jedyna zależność, jaka powstała, to zwykła lojalność wobec tej drużyny, która razem ze mną i tak walczy o to miasto. Dokładając często własne pieniądze. Zdążyłem ich poznać i im zaufać. Mogę na nich liczyć. Nauczyłem się oszczędnie i racjonalnie wydawać własne pieniądze. Szanować je, bo za ciężko się na nie pracuje. To mam już we krwi. „Cudzych”, a tak naprawdę naszych wspólnych nie mam zamiaru traktować inaczej. I ta drużyna mi w tym pomoże.
Wyborcy są zmęczeni ogólnikowymi hasłami na temat świetlanej przyszłości jakiegoś miasta. Co przeciętny mieszkaniec Czeladzi zyska dzięki Twoim rządom? Konkretnie?
Przyzwoitego gospodarza miasta. Jeśli trawa ma być przycięta – to będzie przycięta. Jeśli powstanie bałagan z dowolnego powodu – zadbam o jego usunięcie. Jeśli się sprawnie zarządza tym, co jest do dyspozycji – zmniejszają się przede wszystkim koszty utrzymania. Mieszkam w Czeladzi już od 36 lat. Tu mam rodzinę, przyjaciół. Jestem praktykiem prowadzę skutecznie własną firmę. Tu kiedyś zaczynałem uczyć się biznesu. Wybudowałem od zera i prowadziłem przez kilka lat drukarnię ALMAPRESS. Już od ponad dwudziestu lat w Katowicach prowadzę własne wydawnictwo. To, co jest najistotniejsze w całej Polsce to tworzenie miejsc pracy i ochrona istniejących. W Czeladzi również. Trzeba też będzie wydobyć miasto z długów, w które wpędzili je poprzednicy. Priorytetem jest obniżenie kosztów życia. I tu bardzo drobny, ale dobitny przykład. Nierozwiązany od lat albo nawet nie dostrzeżony. Na drodze do Sosnowca nigdy nie zrobiono pasów do lewoskrętu przy zjeździe w ulice Orzeszkową i Rzemieślniczą. Rocznie w powietrze idą tysiące litrów paliwa – czasem trzeba gwałtownie hamować przed skręcającym pojazdem. Takich spraw jest mnóstwo. I zdają się być drobne. Nieprawda. To jest ważne dla mieszkańców. I do tego jest potrzebny gospodarz – nie do uroczystego przecinania wstęgi.
Co sądzisz o zabieganiu o inwestorów? Czy zawsze z tym muszą iść w parze specjalne warunki dla pewnej grupy?
To jest mityczne myślenie z okresu początków specjalnych stref ekonomicznych. Dlaczego miejscowy zegarmistrz ma płacić więcej niż zagraniczny inwestor, który przywiezie swoich ludzi do pracy? Niech korzysta miejscowy przedsiębiorca, który utrzyma za to rodzinę, da pracę następnym, a lokale użytkowe nie będą straszyć pustymi witrynami.
Twoja aktywność wyborcza oceniana jest jako „zauważalna”. Nie obawiasz się przegranej?
Nie. Sama kampania wyborcza jest już czymś pozytywnym. Poznałem lepiej miasto i mieszkańców. Poznałem – i pewno jeszcze poznam – wielu energicznych ludzi. Mam już niemal sześćdziesiątkę na karku, a mój szeroki krąg znajomych się dalej powiększa i nawet… odmładza. Dołączają nowi ludzie, którym do niedawna już nic się nie chciało. Zrezygnowałem w tym roku z dalekich wyjazdów i ostro pracuję w czeladzkim Stowarzyszeniu Nowoczesne Miasto. Nawet jeśli nie zostanę burmistrzem, to pewno dzięki tej pracy już pomogłem Czeladzi. Iluś mądrych, wartościowych ludzi z mojego komitetu wyborczego zostanie radnymi i na pewno rozrusza miejscowy samorząd. Gdybym nie miał wiary w moją wygraną, to bym nawet nie startował w wyborach. Nie wybierałem się na żadną górę bez dużej dozy prawdopodobieństwa zdobycia jej.
Jak oceniasz swoje wyborcze szanse? Spotykasz się z ludźmi, organizujesz imprezy sportowe, słyszysz opinie o sobie i innych.
Sondaże, opinie i dowody poparcia wskazują na to, że od 17 listopada zaczynam urzędowanie w UM. Funkcjonuje jednak utrwalona machina bezwładu wyborczego. Obowiązująca biurokracja i technologia wyborcza wielu ludzi zniechęca. To powoduje też niską frekwencję i brak zainteresowania wyborami. Mechanizmy wyborcze wprost preferują ludzi, którzy są już jakoś znani, mają pewne układy lub zaplecze. Z tym będą się borykali wszyscy kandydaci niezależni. Urząd Miasta, któremu podlega kilka spółek i zakładów budżetowych jest jednym z największych pracodawców w mieście. To paradoks, ale tak jest. Ta sytuacja nigdy nie będzie sprzyjała nowemu gospodarzowi.
Jak zamierzasz poprawić sytuację finansową miasta? Są jakieś sposoby na zmianę sytuacji w trybie pilnym?
Trzeba wywrócić do góry nogami dotychczasowy sposób gospodarowania nieruchomościami – to jest zwykłe marnotrawstwo. Żaden prywatny właściciel nigdy by sobie na to nie pozwolił. Również dotychczasowy sposób pozyskiwania a później wydawania środków unijnych w wielu punktach budzi moje zdziwienie. Kuriozalny jest obraz środków przeznaczanych na pomoc dla bezrobotnych. Sprawiałby wrażenie skeczu kabaretowego, gdyby nie powaga sytuacji. Mnożą się bezużyteczne kursy wizerunku, pisania CV, staże na chwilę, szkolenia niedające żadnych konkretnych umiejętności i uprawnień. Przede wszystkim – nietworzące realnych możliwości pozyskiwania dochodu. Tam, gdzie będę miał na to wpływ, rozpędzę grono pośredników przez pośredników do pośredników.
Jakimi zasadami kierujesz w życiu? Jakie masz wady? Jakie zalety? Skoro chcesz testowania kandydatów, to sam musisz odbyć tę rozmowę kwalifikacyjną.
Mam parę wad. Pracuję nad nimi i staram się nie popełniać dwa razy tego samego błędu. Cenię lojalność i racjonalność. Nie cofam się przed ponoszeniem odpowiedzialności. Ważne decyzje podejmuję po konsultacjach i nie obawiam się słuchać rad innych ludzi. Zakładam, że w wielu dziedzinach istnieją mądrzejsi ode mnie. Z tymi „trudnymi we współpracy” czasem niełatwo wytrzymać, ale tylko z nimi osiąga się dobre efekty. Od 36 lat mam świetnego eksperta pod ręką – liczę się ze zdaniem mojej żony i dobrze na tym wychodzę. Mam przede wszystkim wspaniałą i dużą rodzinę. Wybudowałem dom, mam córki, synów i wnuki. Zamiast jednego drzewa posadziłem las. Znam też wielu ludzi biznesu, sztuki, kultury, polityków – nie mam syndromu prowincjusza. Lubię pomagać innym, ale nauczyłem się też poprosić o pomoc, kiedy jest to konieczne. Podziwiam i zazdroszczę talentu twórcom i wybitnym sportowcom.
Rozmawiał: Tomasz Cukiernik
